Wojny wikingów. Tom 10. Strażnik ognia

29 września 2019

Polityka, układy i knucie

Bernard Cornwell cały czas trzyma fenomenalny poziom swoich książek o wojnach Wikingów z północy i południa. Ciekawie układa historię na kanwie skrupulatnie skrojonych opisów batalistycznych, lekko opierając się na kronikach nordyckich. Uhtred po raz dziesiąty będzie walczył z przeciwnikami, swoimi demonami i każdym, kto śmie stanąć mu na drodze. Jest też coraz bliżej celu – obalenia swojego kuzyna i przejęcia władania nad ziemiami Bebbanburga, których powinien być prawowitym królem. I choć korona niekoniecznie go interesuje, tak zemsta na niewdzięcznym członku rodziny już bardziej. Wojny wikingów. Tom 10. Strażnik ognia opowie dokładnie skąd przybywa Uhtred i jakie są jego zamiary. Powinniśmy bać się wszyscy.

Bohater jest absolutnie wykończony wojnami, w których brał udział. I choć powinien złapać trochę oddechu, nie ma na to czasu – ziemie Bebbanburga wzywają! Wracając do macierzy Uhtred zrobi krzywdę sobie (trochę przez przypadek) i innym (całkowicie celowo), bo taki już jest, nie umie się trzymać z daleka od kłopotów. Jego osobowość działa na nie jak magnes, z tą różnicą, że w tym tomie będzie trochę mniej siekał mieczem, roztrzaskiwał łby lub podpalał wioski. Uhtred ma bowiem plan jak odzyskać królestwo, a do tego, choć ciężko mu to przyznać, są mu potrzebni sprzymierzeńcy.

 

Uparty jak Uhtred

Czytelnicy śledzący sagę doskonale wiedzą, że raz powzięty plan musi zostać wcielony w życie. Politycznie bohater radzi sobie nad wyraz dobrze, ma całkiem dobry zmysł dedukcji, potrafi słuchać i wyciągać wnioski i opanować się, gdy zajdzie taka potrzeba (za wyjątkiem… sami zobaczycie). Niewielkie błędy po drodze zdają się nie robić na nim wrażenia, jest zresztą przyzwyczajony, że sam sobie najsilniej komplikuje życie. Postanawia dobrze przygotować się do starcia z kuzynem, a samemu nie będzie to możliwe, z pewnością nie tak spektakularne jak zakłada. A plany ma naprawdę niesamowite.

Ten tom nie przyniesie rozwiązania konfliktu między Wikingami, ale rozwiąże szereg wątków z poprzednich powieści, dodając nową jakość do ich konkluzji. Brak bitwy między mieszkańcami Bebbanburga nie oznacza, że czytelnik zostanie pozostawiony bez scen batalistycznych, o nie! Finał, o którym niewiele można zdradzić z pewnością takowe posiada, proszę być spokojnym. Dodatkowo jest jednym z lepszych cliffhangerów w historii współczesnej literatury. Możemy powoli godzić się z tym, że saga nieuchronnie zbliża się do grande finale. Zanim to jednak nastąpi Uhtred ma jeszcze kilka asów w rękawie. I kilka spektakularnych pomysłów jak samemu skomplikować sobie życie.

 

Michał Gołkowski – „Złote miasto. Bramy ze złota” – Tom 2

Polskie powieści fantastyczne

Złote miasto. Bramy ze złota. Tom 2” jest jedną z wciągających powieści z cyklu „Polskie Fantasy”. Prawdopodobnie przypadnie do gustu czytelnikowi, który lubi epickie historie, osadzone w brutalnych, ale fascynujących światach. „Bramy ze złota” są najnowszą powieścią  z serii „Siedmioksiąg Grzechu”, której autorem jest polski pisarz fantasy i lingwista – Michał Gołkowski. Powieść ta to epicka, trzymająca w napięciu historia, pełna krwawych walk, bohaterskich poświęceń i interesujących postaci. „Bramy ze złota” dopowiadają dalszą część historii, poznanej w poprzednich książkach cyklu „Siedmioksiąg Grzechu”, dlatego warto sięgnąć po poprzednie powieści przed lekturą tej najnowszej.

Nadciąga burza

Złote Miasto to wspaniały, tajemniczy gród wzniesiony na nad wodami mitycznego morza, a jego mieszkańcy to prawdopodobnie sami bogowie. Jednak ostatnimi czasy nad tym potężnym miastem zbierają się burzowe chmury, a atmosfera staje się napięta. Na Złote Miasto zęby ostrzy sobie inne imperium – może dużo młodsze, ale za to o wiele bardziej żądne chwały. Wiekowe mury, chroniące to niezwykłe miasto, zostaną bez trudu skruszone na drobny mak przez brutalnych najeźdźców. Najwybitniejsi poeci nie potrafiliby sobie wyobrazić tak potężnego i niebezpiecznego oblężenia, jak to które na Złote Miasto. Chmury burzowe przybywają ze wschodu, a wraz z nimi przybywa brutalna bitwa, potrafiąca odmienić losy całego świata. Uzbrojeni po zęby wojownicy zdeterminowani by dotrzeć do słonecznych brzegów, podróżują prosto z nieprzyjaznej i zimnej północy w trzech wężowych łodziach. Echo nieustannie niesie w powietrze jedno imię. Zahred.

Więcej podobnej twórczości

„Bramy ze złota”, powieść z książkowej serii pt. „Siedmioksiąg Grzechu”, została napisana przez Michała Gołkowskiego. Autor ten zajmuje się nie tylko pisaniem powieści – na co dzień pracuje jako tłumacz, przekładając głównie z języka angielskiego i rosyjskiego. Pisarz fascynuje się słowiańskością, Czarnobylem i historią wojskowości. Michał Gołkowski głównie pisze utwory, które wpadają w różne odmiany gatunku fantasy. Gołkowski na swoim koncie ma kilka książkowych serii fantasy, takich jak: „Stalowe Szczury” , „Komornik” czy wspominany tutaj „Siedmioksiąg Grzechu”. Jego krótkie utwory zostały publikowane w zbiorach opowiadań obok twórczości takich pisarzy jak Ewa Białołęcka, Krzysztof Abramowski czy Andrzej Pilipiuk. Dobrym pomysłem będzie także sięgniecie po takie zestawienia jak „Na nocnej zmianie. Pióra Falkonu” czy „Idiota skończony”. Fascynacja historią Czarnobyla zainspirowała Michała Gołkowskiego do napisania książkowego cyklu „S.T.A.L.K.E.R”. Seria opowiada niezwykłą, trzymającą w napięciu historię osadzoną w fascynującym świecie post-apokaliptycznym.

„River” Samanthy Towle to historia, którą warto poznać.

19 września 2019

Fabuła

Teraz wszystko się zmieniło: miasto, tożsamość. Pojawia się samotność i ciąża. Carrie Ford usilnie ucieka przed przeszłością, zbyt wiele jej odebrała i zniszczyła. Jakby tego było mało, jej nowy sąsiad zachowuje się jak skończony idiota, który jest humorzasty, wkurzający i nadęty. Na szczęście River Wild nie chce zawiązywać z sąsiadką bliższych relacji, nie ma takiej potrzeby.

Gdy pewnego razu Carrie odnajduje porzuconego psa, River niespodziewanie podaje jej rękę i pomaga. To spotkanie przyniosło wiele wrażeń. Przede wszystkim bohaterka zauważyła w oczach mężczyzny dużo smutku, cierpienia. Czyli jego okropne zachowanie to tylko przykrywka, maska, która nie pozwala się nikomu zbliżyć. Carrie dźwiga podobne uczucia, podobny bagaż doświadczeń. Teraz dwójka zranionych ludzi, poznaje się i zaprzyjaźnia. Niespodziewanie przeradza się to w coś uczuciowego, między nimi rośnie uczucie. Oboje mają swoje za uszami, kryją tajemnice i problemy, ale znakomicie się rozumieją, więc nie stanowi to przeszkody, ku lepszemu poznaniu się. Wreszcie pojawia się długo wyczekiwane szczęście. Nie zagościło w jej życiu na długo, to nie mogło się dobrze skończyć. W najmniej odpowiednim momencie, duchy przeszłości stoją na progu jej mieszkania i zabierają najcenniejsze. 

Analiza

„River” porusza wiele tematów, które są ważnymi i niestety nieodłącznymi elementami życia każdego z nas. Nie od wczoraj powszechnie wiadomo, iż największą krzywdę może uczynić właśnie drugi człowiek. Czasem trudno w to uwierzyć. Takie właśnie zagadnienia pojawiają się na pierwszych stronach powieści Towle. Dla niektórych mogą wydać się przytłaczające, momentami wręcz męczące. Jednak by dobrze zrozumieć całą historię przedstawioną w książce, należy ze zrozumieniem przeczytać wstęp. Każda przedstawiona scena ma w sobie coś charakterystycznego, przejmującego i oryginalnego. Dopełniają je bohaterowie, którzy są niemniej ciekawi i wyjątkowi od dziejących się w książce wydarzeń. 

Innymi bohaterami jest Ann i Neil. Kobieta już od dawna żyje pod presją w domu z zakazami, ograniczeniami i brutalnym mężem. Miało być tak pięknie i dobrze, a dawne uczucie przerodziło się w koszmar. Mężczyzna, z którym się związała nie był już oparciem, stał się tyranem. Miłość i szczęście zmieniły się w niebezpieczeństwo i strach. Gdy Ann dowiedziała się, że jest w ciąży, poczuła się za nie odpowiedzialna, nabrała siły i to dziecko stało się najważniejsze. 

Jej mąż, wspomniany wyżej Neil Coombs, był zawodowym detektywem, który prowadził szemrane i nielegalne interesy na boku, myślał, że wszystko mu wolno. W domu znęcał się nad żoną, wielokrotnie wykorzystywał ją seksualnie. Ann nie miała się do kogo zwrócić. Wreszcie, na świat przyszła Carrie. Od tej pory nic nie było takie samo. Jak ta opowieść się zakończy? Wystarczy poznać dalsze losy w książce Samanthy Towle.

Miasto cudów (Eduardo Mendoza)

Eduardo Mendoza w swojej książce „Miasto cudów” nakreśla obraz społeczeństwa przełomu XIX i XX wieku, wskazując na zmiany cywilizacyjne, polityczne i gospodarcze. To przede wszystkim detalicznie perfekcyjna publikacja, sprawiająca wrażenie relacji, dokumentu. Świat, a właściwie światek, w jakim grzęźnie główny bohater, jest dzięki plastyczności opisów zepchnięty na dalszy plan. Między innymi w ten sposób marginalizują się jego problemy, spychane w nicość, w cień. Czytelnika należy uczulić, iż autor z tempem akcji nigdzie się nie spieszy, swobodnie się przechadza, notuje, zauważa. Nie każdego cierpliwość jest w stanie aż tak dedykować czas lekturze, warto o tym pamiętać.

Onofre Bouvila, wychowany na wsi młodzieniec, przybywa do stolicy Katalonii w latach 80. XIX wieku. Jak sam zauważa nie robi nic specjalnego, jest po prostu człowiekiem szukającym dla siebie lepszego życia, bogatszego w perspektywy. Będąc na miejscu ima się różnych zajęć, na początku z dość opłakanym skutkiem. Zdarza się, że roznosi propagandowe ulotki (nie interesuje go przekaz, a dobry zarobek), handluje nieruchomościami, jest figurantem sytuacyjnym, zdarza się, że kradnie. Po pewnym czasie zapomina o swoich marzeniach, by być dumnym z tego co się osiągnęło, za wszelką cenę próbuje się wzbogacić. Wchodzi więc coraz głębiej w świat szemranych interesów, powiększa kręgi zaufanych ludzi, sam zdobywa takowe u możnowładców. I nagle, nie wie nawet kiedy, staje się najbogatszym z mieszkańców miasta. Ilość pieniędzy rośnie z dnia na dzień, z minuty na minutę i wtedy właśnie, proporcjonalnie, spada wartość jego samego, jako człowieka.

 

Człowiek, który sam się siebie brzydzi

Onofre jest przedstawiony w taki sposób, że nie mamy najmniejszych wątpliwości co do intencji pisarza. Gardzimy nim i nie chcemy go znać. Dwulicowy, śliski osobnik, który dodatkowo zatraca wszystkie pozytywne odruchy. Każdy gest jest wyważony, a każdy czyn kalkulowany, jakby od nieistotnych detali zależało, czy dzisiaj zarobi dostatecznie dużo pieniędzy, by być z siebie dumnym.

Antypatyczność bohatera zostaje przeciwstawiona pięknu miasta, jego potędze i niekwestionowanemu stylowi. Barcelona, stając się osobnym bohaterem, przeprowadza nas przez swoje ulice pomagając poznać mieszkańców, ich warunki, a przede wszystkim relacje i antypatie. Piorunujące wrażenie robią opisy metropolii w zestawieniu z różnicami atmosferycznymi i porami roku – wyraziste wschody słońca, zapierające dech w piersiach zachody, przytłaczający skwar lub biczujący deszcz. To miasto koniec końców będzie potęgą najwyższą, która będzie istniała na długo po tym, kiedy Onofre przeminie.

 

Widoki z krakowskiego boksu Jerzego Pilcha

9 września 2019

Widok z mojego boksu to zbiór felietonów autorstwa Jerzego Pilcha, wielokrotnie nagradzanego polskiego pisarza i publicysty. Wydawnictwo Znak zabiera czytelnika w podróż poprzez widzianą oczami Pilcha rzeczywistość na przełomie wieków (okres od 1991 do 2007 roku). Są to czasy, kiedy felietonista mieszkał w Krakowie i pracował w czasopiśmie “Tygodnik Powszechny”. W właśnie w redakcji tej gazety znajdował się tytułowy boks – chodzi tu o kąt z biurkiem, w którym Jerzy Pilch fizycznie przebywał będąc w pracy. W książce pojawiają się znane ze środowiska krakowskiego postacie, takie jak nobliści i księża, wybitni redaktorzy i zaprzyjaźnieni współpracownicy “Tygodnika Powszechnego”, a także inni “wielcy współcześni”. Jerzy Pilch pisze oczywiście również i sam o sobie.

Czasy współpracy z Tygodnikiem Powszechnym

Zbiór felietonów rozpoczyna się od roku 1991. W tym okresie Jerzy Pilch miał już za sobą pierwsze dwa lata współpracy z Tygodnikiem Powszechnym. Początkowo jako młody redaktor był on osobą odpowiedzialną za wyłapywanie talentów literackich. Zajmował się czytaniem listów wysyłanych do redakcji i odpowiadaniem na nie oraz przeprowadzaniem wywiadów. Ulubionym zajęciem autora było jednak wnikliwe obserwowanie najbliższego otoczenia – w wyniku czego wkrótce jego głównym zajęciem stało się pisanie felietonów i portretowanie w nich otaczającej go rzeczywistości. Był to czas największego rozkwitu talentu.

Krakowskie środowisko twórcze

Felietony z prezentowanego okresu są zapiskami z czasów, gdy w Krakowie bywał papież Jan Paweł II, można było tam spotkać też osobistości takie jak Czesław Miłosz i Sławomir Mrożek. Częścią nieistniejącego już światka literackiego było też pismo “bruLion”, w tamtych czasach promujące młodych pisarzy i poetów, a stylistycznie dużo bardziej anarchistyczne i młodzieżowe, niż w latach późniejszych.

“Widok z mojego boksu” jest zawiera szereg anegdot odnoszących się do krakowskiego środowiska twórczego i luźniej powiązanych z nim legendarnych osób. Książka pokazuje znane nie tylko krakowianom postacie w nowym kontekście. Dowiemy się m.in. o tym, że:

Nie umniejsza to szczególnie autorytetu wspomnianych osób, za to dodaje im trochę zwykłości – są przez to łatwiejsi do wyobrażenia ich sobie i przez to bliżsi, bardziej ludzcy. 
“Widok z mojego boksu” przenosi czytelnika do złotego okresu publicystyki Jerzego Pilcha. Jest zestawem najlepszych felietonów, które przeszły do klasyki polskiej felietonistyki. Pozwala mentalnie przenieść się w czasie i powspominać, delektując się doskonałym stylem literackim, wspaniałymi zdolnościami obserwacyjnymi i sporą dawką specyficznego humoru charakterystycznego dla tego pisarza.

 

Opowieści z historią w tle

Historia, a właściwie jej niektóre fragmenty, wydawać się mogą nad wyraz nudne. W szczególności dla młodych ludzi, którzy wolą jednak aktualne czasy i nowinki technologiczne. Jak się jednak okazuje historia może być fascynująca. W szczególności taka, która ma nie lada tajemnice do ujawnienia. Warto zapoznać się z historią naszego kraju, ponieważ możemy dzięki niej dowiedzieć się wielu nieoczekiwanych rzeczy, które mogą nas naprawdę mile zaskoczyć. Idealnym przykładem tego jest książka pt. „Sto lat warszawskiego metra. Od pomysłu do realizacji” autorstwa Jakuba Jastrzębskiego. Ukazała się ona na rynku 1 października 2019 roku.

Jak budowano metro?

Jest to książka, która bardzo pozytywnie zaskoczy nie tylko starszych ludzi, ale także młode osoby, które lubią zapoznawać się z różnymi wynalazkami technologicznymi. Można przyjąć, że metro taki cud dzisiejszej techniki. Ale czy ktokolwiek zdaje sobie sprawę, że najsłynniejsze warszawskie metro w naszym kraju swoją historię rozpoczęło jeszcze przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości? Tak, dla niektórych osób może to być wielkie zdziwienie, jednak pierwsze plany powstały w 1918 roku opracowane przez pracowników ratusza. Należy nadmienić, że historia nie jest łaskawa dla tych planów, które powstawały w wielkiej tajemnicy otoczone przez wszechobecną propagandę. Te lata były dla Polski bardzo ciężkie, dlatego nie do końca można było wszystkim objawiać, że takie plany chodzą komuś po głowie. Przez to również przez wiele lat wokół budowy metra narosło wiele mitów wokół budowy tego metra, o czym dowiadujemy się właśnie z tej książki.

Wojna, metro i lata obecne

„Sto lat warszawskiego metra. Od pomysłu do realizacji ” Jakuba Jastrzębskiego dowiadujemy się, że całkiem możliwe, iż budowa tej wspaniałej inwestycji mogłaby rozpocząć się o wiele wcześniej, ale doszło do wybuchu II wojny światowej, która na nowo zniweczyła plany Polaków. Już w 1938 roku został zorganizowany konkurs na znak rozpoznawczy metra. Jak miał on wyglądać? Tego dowiemy się zagłębiając się w tą fascynującą książkę pięknie oprawioną zdjęciami z których część nie była do tej pory publikowana. W latach 20 postulowano projekt, bardzo ważny dla budowy linii metra. Jaki to był projekt i dlaczego podjęto się jego realizacji dopiero w latach 60tych? Ta historyczna książka ujawnia wiele zaskakujących tajemnic, które do tej pory nie chodziły nam nawet po głowie. Jeżeli ktoś czuje pociąg do historii to naprawdę powinien zapoznać się z tymi ciekawostkami, które okażą się dla wielu osób nie lada zaskakującą sprawą.